Daniel Wierzbicki: Kadrę mamy szeroką, ale nie zawsze ilość idzie w parze z jakością [WYWIAD]

Niższe ligi

Daniel Wierzbicki – latem zamienił rezerwy Świtu  na grającą klasę niżej Wkrę Pomiechówek. Z zespołem zza miedzy miał walczyć o awans do Ligi Okręgowej. Plany jednak będzie trzeba przełożyć na później. Dlaczego?

Dużo mówiło się w kontekście Wkry i walki o awans. Wydaje się, że szybko musieliście zweryfikować plany.

Plany były. Balonik był pompowany jeszcze przed startem ligi. To zdecydowanie nie pomogło. Uważam, że to każdy kolejny mecz powinien być najważniejszy.

Policzyłem przed naszą rozmową ilu zawodników miała Wkra do dyspozycji w tym sezonie. Trochę się przeraziłem. To 43 nazwiska. I tu chciałem Cię zapytać o frekwencję na treningach i meczach.

To prawda. Kadrę mamy dość szeroką, ale nie zawsze ilość idzie w parze z jakością. Osób, które mogą zrobić różnicę jest około 15-17. Tak mi się wydaje. To, że mamy taką kadrę, nie znaczy, że każdy może zrobić różnicę i jest dobrym zawodnikiem. Oczywiście nie ujmując tu nikomu, ale takie są czasy. Każdy może spróbować swoich sił na tym poziomie. Jeśli chodzi o mecze, to jeśli mieliśmy podstawowy skład i kilku zawodników na ławce, to z czołówką potrafiliśmy grać jak równy z równym.

W trakcie rundy dołączyło do Was dużo zawodników z akademii Świtu. Uważasz, że to było dobre posunięcie?

Tak, wydaje mi się, że zaciągi, które były pod koniec rundy, to dobre decyzje. Na przykład Kuba Łachmański, z którym miałem przyjemność grać jeszcze w drugim Świcie. Jest to chłopak, który jeśli dojdzie do siebie, po dłuższej przerwie, będzie robił różnicę. Niejednokrotnie grałem z nim i wiem na co go stać.

Nie lubiliście kompromisów w rundzie jesiennej. Na Waszym koncie nie ma żadnego remisu.

Niestety, A klasa jest taką ligą, że remisy pojawiają się rzadko. Albo ktoś zdecydowanie dominuje i wygrywa, albo jest po prostu słabszy i przegrywa. Rzadko się zdarza, żeby na tym poziomie dochodziło do remisów. Aczkolwiek kilka potyczek mieliśmy wyrównanych. Detale przesądzały o punktach.

Wasz bilans to 6 zwycięstw i 7 porażek. Chyba mogło, a nawet powinno być zdecydowanie lepiej.

Zdecydowanie powinno być lepiej. Żałujemy na pewno spotkań z drużynami z dołu tabeli. To właśnie w takich meczach powinno zdobywać się punkty. Potrafiliśmy na przykład wygrać u siebie z Hutnikiem, aby później pojechać do Warszawy na Kawęczyńską i przegrać z Interem Warszawa.

Strzelaliście mało bramek. Tylko 29 trafień na Waszym koncie. W porównaniu z resztą to czwarty – najgorszy wynik. Czym była spowodowana tak słaba skuteczność?

To prawda strzelaliśmy mało goli. Przede wszystkim spowodowane to było brakiem skuteczności. Stwarzaliśmy sobie  dużo okazji. Czasami też może brakowało środkowych pomocników. Takich jak Mateusz Krawczyk, który w środku robi dużą różnicę i potrafi rozrzucać piłki. Jego brak na boisku bywał bardzo widoczny. Myślę, że to właśnie brak doświadczonego pomocnika, może być jedną z przyczyn.  

Po stronie strat było trochę lepiej, bo tylko 32 gole, ale w porównaniu z czołówką, sporo brakuje.

Nasza gra w obronie pozostawia wiele do życzenia. Wiele bramek, które straciliśmy były piłkarskim kryminałem. Bywało tak, że sami sobie strzelaliśmy gole, a przeciwnik specjalnie nie musiał się wysilać. Dopuszczaliśmy momentami do sytuacji, które w ogóle nie powinny mieć miejsca.

Nawet praca na treningach nie pomagała, aby wyeliminować te błędy?

Treningi wyglądały fajnie. Może gra byłaby lepsza, ale wydaje mi się, że niektórzy podczas meczów się delikatnie spalają i chyba stąd się bierze problem.

Cieszyć może w tym wszystkich fakt, że na własnym boisku radziliście sobie całkiem dobrze, wygrywając 4 na 6 spotkań.

Lubimy grać na swoim boisku. Co więcej, wydaje mi się, że jest to jedno z lepszych boisk na tym poziomie. Nawet drużyna III-ligowego Świtu trenuje u nas. Świadczy to o tym, że jest dobrze przygotowane i można fajnie pograć w piłkę. Gdzie zdobywać punkty jak nie u siebie? Tu się dobrze czujemy, boisko też jest specyficzne, bo dość wąskie. Może to nam w jakimś stopniu pomaga? Fajnie, że tak się dzieje.

Na wyjazdach było jednak dużo słabiej. 5 porażek i tylko 2 zwycięstwa. Wygraliście dopiero 23 września w Halinowie i miesiąc później w Rembertowie.

Myślę, że jeśli chodzi o mecze wyjazdowe to frekwencja odgrywała dużą rolę. To jest A klasa. Nie mamy z tego pieniędzy. Gramy dla siebie, dla przyjemności. Jest to nasze hobby. Czasem są inne priorytety. Każdy ma swoje życie prywatne, ktoś pracuje w weekendy. Dlatego ta frekwencja czasem nie powalała. Jeśli gramy u siebie, to każdy mieszka w okolicy, jest na miejscu i jest dużo łatwiej.

Któraś z tych porażek szczególnie bolała, albo zapadła Ci w pamięci?

Są dwa takie spotkania. Pierwsze to mecz w Kobyłce, gdzie do przerwy prowadziliśmy 2:0. Mecz nam się fajnie układał. Po przerwie wyszedł inny zespół i przegraliśmy 2:4. Drugi mecz to spotkanie z Interem Warszawa. To zespół, który dopiero awansował, nie wygrał żadnego meczu – do spotkania z nami. Na boisku nie było widać różnicy. Wyszli bardzo zmotywowani i przegraliśmy.

Co Twoim zdaniem powinno się zmienić, aby wiosna dla Wkry była lepsza?

Teraz przed nami runda w której nie gramy o awans. Więc wydaje mi się, że powinniśmy na spokojnie przepracować wiosnę, wzmocnić się, jeśli będzie na to okazja i spróbować za rok. Zawsze warto pracować, bo można się czegoś nauczyć.

Czego chciałbyś życzyć sobie, kibicom Wkry i naszym czytelnikom na nadchodzące Święta Bożego Narodzenia?

Wesołych oraz spokojnych Świąt w gronie rodzinnym. Spełnienia wszystkich marzeń i aby wiosna w Pomiechówku, jak i na Sportowej 66 była bardzo optymistyczna.

Jak rozumiem Świtu cały pozostaje gdzieś w głowie i sercu?

Tak, tak. To lokalny patriotyzm. Utożsamiam się z Nowym Dworem. Grałem tu pare ładnych lat. Miło się wraca w roli kibica.

To ja życzę Ci, aby wszystkie Twoje cele i marzenia się spełniły i dziękuję za rozmowę.