Biegi ekstremalne: Głowa wygrała, organizm powiedział – PAS!

Rekreacja

Cześć! Nazywam się Adam Szabłowski i jestem założycielem strony NoToSport.pl. Chciałbym, raz na jakiś czas, powiedzieć Wam coś od siebie, coś o sporcie, który uważam za najlepszego nauczyciela życia!

Nigdy nie sądziłem, że bieganie stanie się kiedykolwiek moją pasją – czy tzw. „zajawką”, której się poświęcę. Ale nie zwykłe biegi… Mowa o biegach przeszkodowych typu Runmageddon czy Survival Race.

Wziąłem udział w kilkunastu i w każdym poprawiałem swoją życiówkę. Na początku założeniem było – dobiec. Po pewnym czasie okazywało się, że chce to robić lepiej, szybciej, a sam fakt ukończenia był oczywisty. Udało mi się wejść do pierwszej dwusetki (na 2500 uczestników), później wreszcie zbliżyłem się do upragnionej setki. Wciąż był niedosyt i wciąż musiałem podnosić sobie poprzeczkę. Wystartowałem, więc w serii ELITE, której dodatkową przeszkodą jest konieczność pokonania każdej przeszkody bez niczyjej pomocy. W innym przypadku sędziowie zabierają totem w postaci opaski i nie jest się kwalifikowanym. Udało się!

Poczułem się mocny i poczułem, że listopadowy FINAŁ LIGI – bieg który bardzo daje w kość – będzie idealnym sprawdzianem przed kolejnym celem – zdobyciem WETERANA. Tu znów musze przybliżyć to pojęcie. Weteranem zostaje się wtedy, gdy w jednym sezonie ukończy się trzy dystanse: 6 km (30 przeszkód), 12 km (50 przeszkód) i 21 km (ponad 100 przeszkód).

Wszystkie dotychczasowe biegi oczywiście ukończyłem, to stało się pewnego rodzaju rutyną i normą. Przygotowałem się do biegu jak do każdego poprzedniego. Odpowiednia regeneracja, dieta, trening, odpoczynek i nadszedł sądny dzień. Piękny niedzielny poranek w Pabianicach (19 listopada br.), temperatura 3 stopnie, duża część trasy miała przebiegać w wodzie – no ale miało być trudno, jednak nie sądziłem, że będzie aż tak…

Wielokrotnie na trasie zdarzało mi się walczyć z samym sobą. Z myślami, głową, która wołała – DOŚĆ! Mój charakter lubi sobie pozwolić na chwilę słabości, ale nigdy z własnej woli nie rezygnuje z kolejnego zdania do wykonania. Tak było tym razem.

Krótkie postanowienie tuż przed początkiem biegu – JEŻELI NIE UKOŃCZYSZ, TO TYLKO W PRZYPADKU, GDY CIAŁO ODMÓWI POSŁUSZEŃSTWA. Start…

Pierwsze 2 kilometry normalne, bieg, przeszkoda, bieg, błoto, przeszkoda, bieg. Nastał strategiczny moment – woda, która miała zadanie cichego zabójcy. Na początku wszystko szło zgodnie z planem. Było zimno – ale miało być. Nogi zaczynały cierpnąć, ale wszyscy gęsiego szli jednym tempem i wypatrywali końca. W pewnym momencie koleżanka z trasy krzyczy:

– Ale my wszyscy jesteśmy pochrzanieni! Na własne życzenie się katujemy i jeszcze za to płacimy! (oczywiście to wersja bardzo ocenzurowana)

Wreszcie wyszliśmy. Nóg od kolan w dół – zanurzeni byliśmy do pasa – nie było czuć, ale kolejny odcinek był „suchy”, wiec mięśnie szybko zaczęły się rozgrzewać. Pierwszy z naszej grupy odpadł po około 3,5 km z wyziębienia, a my znów weszliśmy do wody – tym razem dało mi to bardziej w kość.

Pierwsze objawy wyziębienia poczułem na około 5 kilometrze, czyli po jakiejś godzinie. Zdrętwiałe nogi, dłonie które coraz częściej odmawiały współpracy, jednak dało się to wszystko jeszcze kontrolować. Chwilę później pierwszy skurcz i to w udo… Bolało. Za wszelką cenę wiedziałem, że nie mogę zamoczyć tułowia, przynajmniej do ostatniego odcinka trasy, gdzie było to wymagane. Wtedy proces wyziębiania mógłby za szybko nastąpić. Niestety na 7 kilometrze musiałem się czołgać po lodowatym błocie. Później wszystko nastąpiło lawinowo. Czułem jak szybko tracę temperaturę ciała. A w mojej głowie pojawiał się tylko jeden obraz, o zgrozo (!) ludzi, którzy dryfowali w wodach Atlantyku po utonięciu Titanica. To może wydawać się śmieszne, dla mnie też jest, ale gdy organizm szybko się wychładza to układ nerwowy i głowa zaczynają wariować. Poczułem jakbym brał udział w dziwnym przedstawieniu i wszystko zaczynało robić się dla mnie mało realne. Najpierw mrowienie w głowie, później zawroty. Twardo zagryzałem zęby i skupiałem się tylko na przekładaniu nóg i pokonywaniu kolejnych metrów. Kryzys trwał kilkanaście minut. Zatrzymałem się przed kolejną przeszkodą, której –szczerze- nie pamiętam. Poczułem tylko jednoczesne skurcze łydek, uda i lewego przedramienia i zobaczyłem faceta, który próbował mi wytłumaczyć, że za chwilę obsługa biegu zabierze mnie do ogrzewalni.

Tak. To był koniec. Gdy do końca biegu zabrakło mi zaledwie 20% trasy. Przed samochodem, który zabierał wielu takich jak ja, spotkałem chłopaka, nieco starszego ode mnie, który ze złości płakał.

– Przebiegłem w swoim życiu maraton, półmaraton. Jestem w szczycie formy, a dzisiaj pokonało mnie wyziębienie… Zobacz. Jak bardzo byśmy nie byli przygotowani fizycznie i kondycyjnie, to dzisiaj przegraliśmy tylko z jednym – z odpornością na zimno – powiedział Wojtek.

Dotarliśmy do ogrzewalni, akurat kończyła się seria Mistrzostw Polski i wtedy zrozumiałem, gdzie zrobiłem błąd lub właśnie nie! Pierwsza trójka, która wygrała bieg pobiegła w piankach do nurkowania… Z jedynej strony fajna taktyka, której nie przemyślałem, ale czy o to chodzi w tym biegu?

Ja biegam po to, żeby wystawiać swój organizm na ciężkie próby i zrozumieć, gdzie jest moja granica możliwości. I ten bieg, mimo, że przegrany. Mimo, że nie udało mi się go ukończyć, to nauczył mnie wielu rzeczy. Przede wszystkim POKORY, a po drugie tylko mnie upewnił, że w następnym sezonie zdobędę upragniony tytuł WETERANA, bo nigdy nie miałem lepszej okazji poznać swojej granicy do której dotarłem.

Zawsze będę wielkim zwolennikiem tej imprezy! Zobaczcie sami: